| Miałem 14 lat, kiedy uświadomiłem sobie,
że nienawidzę mojego ojca. Postrzegałem go jako głupiego, agresywnego
prostaka, który ubiera się jak wieśniak i jedyne, co potrafi, to wrzeszczeć
na całą rodzinę, szczególnie na mamę. Marzyłem, żeby zginął w wypadku
samochodowym i dał nam spokój. Żeby przestał nas ranić, upokarzać, żeby
przestał istnieć. Awantury rodziców były nie do zniesienia.
Kiedy
miałem 16 lat, zacząłem chodzić do psychologa, ponieważ nie dawały mi
spokoju myśli o odebraniu sobie życia. Trwało to kilka miesięcy. Dusiłem
się. Kiedy zacząłem przekonywać mamę, że będzie lepiej dla wszystkich,
gdy odejdę, zapisała mnie do poradni psychologicznej. Kiedy opowiedziałem
psychologowi o problemach, które powodowały we mnie chęć odejścia z
tego świata, usłyszałem od niego coś, co było wówczas dla mnie absurdem.
Twierdził, że wszystkie moje problemy mają swoje źródło w braku więzi
z ojcem i w naszych złych relacjach. Zupełnie nie przyjmowałem takiej
wersji. Dla mnie ojciec nie miał żadnego znaczenia, nie zajmował w moim
życiu żadnej pozycji, nie było dla niego miejsca. Nagle obcy czło-wiek,
który miał mi pomóc namawia mnie, żebym postarał się nawiązać jakiś
kontakt z ojcem. Nie widziałem w tym najmniejszego związku z moimi problemami,
ani tym bardziej żadnego sensu, by to robić.
Kilkanaście wizyt u psychologa nie wystarczyło, żeby
mnie przekonać o sensowności nawiązywania kontaktu z ojcem, jednak moje
samopoczucie zaczęło się poprawiać. Mniej więcej w tym czasie, w jednej
z wielu kłótni moich rodziców ojciec zaczął setny raz wyrzucać mamie,
że zawsze mnie wyróżniała i faworyzowała wobec mojego brata, ale także
i wobec niego samego. Nie wiem dlaczego, ale nie wytrzymałem wtedy,
wyszedłem z pokoju i krzyknąłem, że on całe życie faworyzuje mojego
brata i że to właśnie Michał jest jego synkiem, a nie ja. Nie może więc
mieć pretensji, skoro robi dokładnie to samo wobec Michała, co mama
względem mnie. Zapadła cisza, wróciłem do swojego pokoju i nie mogłem
uwierzyć ani w to, że miałem odwagę krzyknąć do ojca, ani tym bardziej
w treść, którą wykrzyczałem. Pojawiło się we mnie dziwne uczucie, to
był chyba nieznany mi dotąd żal - żal do ojca. O co? O to, że faworyzował
mojego brata? Ja nie chciałem być jego synem, więc jak mogłem mieć żal
o to, że faworyzował mojego brata? Przestałem o tym myśleć.
Kilka miesięcy później, może rok, może półtora, kiedy
miałem 18 lat, siedziałem w swoim pokoju, drzwi były uchylone, w pokoju
obok toczyła się rozmowa pomiędzy moimi rodzicami i bratem. Rozmowa
dotyczyła mojego ewentualnego kursu prawa jazdy. Nagle zastygłem w bezruchu,
żeby żaden szelest nie przeszkodził mi usłyszeć, co ojciec myśli na
temat robienia przeze mnie prawa jazdy. Bardzo chciałem usłyszeć: "On
się do tego nadaje, poradzi sobie". Dziś już nie pamiętam, co wtedy
powiedział ojciec, czy w ogóle to słyszałem, najbardziej jednak zaskoczony
byłem moją reakcją, pragnieniem usłyszenia opinii ojca, jego pozytywnej
opinii o mnie. Nic z tego nie rozumiałem, ale ciągle, jak bumerang,
zaczęła powracać do mnie w myślach porada psychologa.
Jakiś czas później, gdy miałem ok. 19 lat, znowu zaczęło
powracać złe samopoczucie, przygnębienie, niekiedy zupełne załamanie
i rozpacz. Moje nieprzystosowanie społeczne, brak normalnych relacji
z rówieśnikami, strach przed światem i wiele innych spraw, które potwornie
mnie męczyły trzeba było nazwać po imieniu: homoseksualizm. Wtedy po
raz pierwszy przyznałem się do tego przed samym sobą. Mimo załamania,
miałem poczucie, że to się da zmienić. Zacząłem szukać w Internecie
literatury na temat przyczyn homoseksualizmu i znalazłem gotową odpowiedź:
"Wyjść na prostą" Richarda Cohena. W tej książce dostrzegłem
swoją historię. Po jej lekturze byłem pewien, że homoseksualizm jest
orientacją nabytą wskutek okoliczności, jakie zaistniały w moim domu
rodzinnym. Autor książki wskazuje na przebaczenie i pojednanie się z
ojcem jako jeden z najważniejszych warunków na drodze wychodzenia z
choroby homoseksualnej. Wydawało mi się to wtedy absolutnie niemożliwe.
Dziś mam 23 lata i tęsknię za moim tatą. Niby jest, ale
ciągle nieobecny emocjonalnie, on inaczej nie potrafi. Dziś wiem, że
jeśli niemożliwe jest zaprzyjaźnienie się z własnym ojcem, to na pewno
możliwe jest wybaczenie mu i pokochanie go, bez cienia żalu i pretensji.
Taką przemianę moich uczuć sprawiła długa modlitwa na adoracji (pomocne
książki: "Modlitwa prowadząca do środka" Basila Penningtona,
"Chleb na pustyni" Thomasa Mertona) oraz lektura książki:
"Podróż ku pełni męskości" Alana Medingera. Kluczem jest zrozumienie
własnego ojca, spojrzenie na niego w perspektywie szerszej, ponadpokoleniowej.
Kiedy myślę o jego dzieciństwie, kiedy zaczynam patrzeć na moją matkę,
jak na żonę mojego ojca, a nie moją matkę, to wcale mnie nie dziwi,
że był ojcem nieobecnym emocjonalnie, ciągle poirytowanym, trochę despotycznym.
On kiedyś przeszedł swoje piekło. Ta świadomość jeszcze sama w sobie
mnie nie uleczyła, jednak pozwoliła, by nienawiść ustąpiła najpierw
miejsca żalowi i smutkowi. Po kilku miesiącach trwania w tych uczuciach,
w wieku 23 lat, pierwszy raz w życiu rozpłakałem się, tęskniąc za moim
tatą. Myślę, że to nie przypadek, iż siła odczuć homoseksualnych zmalała
w tym samym czasie. Poczułem również jakbym coś odzyskał, poczułem się
jak roślina, która zrasta się z odciętymi korzeniami, pierwszy raz w
życiu poczułem się synem mojego ojca. To było niesamowite. Zjednoczyłem
się ze źródłem własnej męskości. Chociaż droga przede mną wciąż długa,
nie mam żadnych wątpliwości, że wyjdę z tej choroby.
Bartek
góra strony
powrót
|