| Jako dziecko często myślałem o własnej
szczęśliwej rodzinie z gromadką dzieci.
Przez trzydzieści cztery lata borykałem się z problemem
tęsknoty za własną płcią.
Już w liceum uświadomiłem sobie, że coś jest ze mną nie
tak. Choć dobrze się czułem w towarzystwie dziewcząt trudno mi było
nawiązać bliższe kontakty typu: ja i moja dziewczyna. Natomiast w towarzystwie
kolegów było mi nieswojo, a jednocześnie czułem jakiś niezdrowy pociąg
do niektórych z nich. Zwłaszcza kiedy nadużyłem alkoholu.
Po
maturze dostałem się na niezłą uczelnię. Z dala od domu, nadopiekuńczej
matki, ojca, którego nienawidziłem, prowadziłem studenckie życie. Miałem
zbliżenia z koleżankami, z jedną z nich jakiś czas chodziłem. Wydawało
mi się że problem zniknął. Poznałem dziewczynę, w której się chyba zakochałem.
Wzięliśmy ślub. Zaczęło się wspólne szczęśliwe życie. Żona była zazdrosna,
gdy ta lub inna kobieta tak po prostu mi się podobała. "Wyciszyłem"
więc spoglądanie na kobiety, stłumiłem podziwianie piękna, ale po pewnym
czasie uruchomiło się we mnie podziwianie młodych mężczyzn.
Zostaliśmy w mieście, gdzie studiowaliśmy. Zaczęliśmy
prace w dobrych instytucjach: lepsze zarobki, mieszkanie. Po dwóch latach
małżeństwa zaczęła się powiększać rodzina, urodziło się dwóch synów.
Znacznie później problemy z ich wychowaniem, pierwsze kryzysy małżeńskie,
sprzeczki. Ot samo życie.
Choć regularnie współżyliśmy ze sobą, to jednak trawił
mnie jakiś głód, czegoś mi brakowało. Coraz częściej spoglądałem na
mężczyzn. Autobusy, tramwaje, kawiarnie pełne studentów. Wyobrażałem
sobie różne sytuacje, zdarzenia, sceny. Myśli były coraz dłuższe, to
była jakaś obsesja. Zacząłem kupować prasę homoseksualną, oglądać filmy.
Potem ją targałem, wyrzucałem i znowu przychodziły dni słabości. Życie
małżeńskie coraz bardziej się komplikowało. Synowie dojrzewali, buntowali
się. Zaczęły się kłopoty w mojej pracy, nadużywałem alkoholu. Nasza
wspólna droga z żoną coraz bardziej się rozchodziła. Przestaliśmy ze
sobą sypiać. Tęsknota za własną płcią tak bardzo się pogłębiała (czy
ja raczej dałem jej przystęp), że kilka razy odwiedziłem wiadome kluby.
Na przestrzeni lat miałem kilka przygodnych kontaktów fizycznych z mężczyznami.
Pogrążyłem się w internecie, aż wreszcie poznałem młodego mężczyznę.
Związałem się z nim. Wydawało mi się, że przeżywam drugą młodość. On
bardzo się we mnie zakochał Ogarnęło mnie szaleństwo do tego stopnia,
że byłem gotów odejść od żony, zamieszkać razem z nim.
To wielki skrót z mojego dwudziestopięcioletniego małżeństwa.
Moje sumienie nie wytrzymało takiego postępowania, przyszło opamiętanie.
Wyrządziłem wielką krzywdę żonie, temu człowiekowi, sobie,
a przede wszystkim grzeszyłem przeciw przykazaniu NIE CUDZOŁÓŹ. Nie
mogłem tego znieść, podwójnego życia, okłamywania żony, jego, siebie,
straszliwej degradacji godności, uprzedmiotowienia. Jak nisko upadłem.
Gdzie moje ideały o dozgonnym małżeństwie na dobre i na złe, w zdrowiu
i w chorobie.
Byłem przerażony tym, do czego doprowadziłem. Z dnia
na dzień rozstałem się z mężczyzną, raniąc go potwornie moją decyzją.
Zacząłem szukać wyjścia z bardzo zagmatwanej sytuacji.
Rozmawiałem z psychologami, terapeutami, psychiatrami. Radykalnie zerwałem
z internetem, wiadomą prasą. Przeczytałem kilka książek dostępnych na
naszym rynku. Zacząłem się poważnie i szczerze, z wytrwałością modlić.
Uzmysłowiłem sobie, że bez pomocy Boga nie uda mi się wyjść z tak skomplikowanej
sytuacji. Walczyłem z sobą bardzo, by nie wrócić do kontaktów z tamtym
mężczyzną. Tęsknota pulsowała, a ja modliłem się. Trwało to kilka miesięcy,
aż Pan zlitował się nade mną i dał chwilowy spokój, ale także światło
nadziei.
W jednej z książek przeczytałem o lubelskiej ODWADZE.
Napisałem do ODWAGI rozpaczliwy list. Skontaktowałem się telefonicznie,
potem rozmawiałem osobiście na miejscu. Zostałem przyjęty na miesięczną
terapię. Z nadzieją czekałem na rozpoczęcie.
Zaczął się proces pracy nad sobą, żmudnego, trudnego,
czasami bolesnego zagłębiania się w siebie, kontaktu z uczuciami, docierania
do prawdy o sobie.
Już wcześniej wiedziałem, że mój problem nie jest moją
winą i nie jestem za niego odpowiedzialny. To wynik jakiegoś zranienia
gdzieś we wczesnym dzieciństwie, niezamierzony i nieświadomy. Także
dzięki książkom, rozmowom, wiedziałem, że jakby nie w pełni jestem odpowiedzialny
za decyzje i wybory, bo nie były one podejmowane w pełnej świadomości
i pełnej wolności. Ale więcej miałem dowiedzieć się na lubelskiej terapii,
dzięki różnym psychodramom przeżyć coś czego brakowało, doświadczyć
na głębokim poziomie, wpisać w siebie, nadrobić, uzupełnić.
Terapia grupowa w ODWADZE odbywała się na różnych pokładach
osobowości. Nie przypuszczałem, że każdy z nich: intelektualny, duchowy,
psychiczny i fizyczny tyle skorzysta. Wiele się o sobie dowiedziałem,
przeżyłem. Dziś czuję się odblokowany. Poczucie solidarności i wspólnoty
z kolegami w różnym wieku podziałało wzmacniająco. Nie stało się to
z dnia na dzień. Minęło kilka miesięcy zanim zaowocowała terapia, a
nawet przyniosła zaskakujące efekty.
Dziś mogę powiedzieć, że jestem wolny od problemu. Młodzi
mężczyźni już mnie nie interesują, wzrok czysty tylko ślizga się po
mijanych twarzach. Interesuje mnie wyłącznie żona, z nią żyję i daję,
ile mogę. Zaczęliśmy budować na zgliszczach jakby nową relację: szczerą,
otwartą, opartą na przebaczeniu, bo wiele mi wybaczyła.
Nie byłbym szczery, gdybym nie napisał, że czasami odzywa
się we mnie wspomnienie tamtego związku. Jest pełne niesmaku i nienawiści
do siebie. Jak cierń uwierający wywołuje ból.
Bóg mi wybaczył. Ja pracuję, aby całkiem wybaczyć sobie.
Piotr
góra strony
powrót
|