ODWAGA Nasze podstawy Publikacje Biuletyn Refleksje Świadectwa Nie tylko dla kobiet Kontakt

W cieniu Targów książki w Krakowie, dnia 24 października 2002 roku, odbyło się spotkanie na temat: "Jak wyjść na prostą". Taki jest też tytuł promowanej na nim książki Richarda Cohena wydanej przez Wydawnictwo WAM i Wydawnictwo "Światło-Życie": "Wyjść na prostą. Rozumienie i uzdrawianie homoseksualizmu".

Dlaczego wyjść i co jest skrzywione, żeby trzeba było prostować? Czy możliwe jest wyjście z orientacji homoseksualnej, którą wielu uważa za wrodzoną i nieodwracalną?

Promocja książki R. Cohena zgromadziła zarówno osoby na drodze wyzwolenia, jak i tych, których temat interesował z różnych powodów. Moje wrażenie było też takie, że ciekawość lub obowiązek studencki mogą burzyć społeczną fobię wobec tematu i dać szansę na dojrzałe traktowanie osób borykających się z problemem homoseksualnym oraz zmniejszyć czy wykluczyć podejrzewanie o utratę tożsamości kapłanów i osób zakonnych zatroskanych o pomoc innym.

25 października br. odbyło się spotkanie w kameralnym gronie osób bezpośrednio zainteresowanych tematem. Jestem pod dużym wrażeniem wolności i otwartości p. Cohena, jego świadectwa pełnego mocy wiary oraz doświadczenia zawodowego jako terapeuty. Za każdym razem, kiedy podnosił głos, by zawołać z mocą "it is possible", to tak jakby stawał Jezus wołając "Łazarzu wyjdź z grobu!" Być może niejeden psycholog czy spowiednik pogrzebał tym ludziom nadzieję na zdrowe życie... A oto w piątkowy wieczór stają przed nami dwaj mężczyźni - Richard i jego przyjaciel Jim - i swoim świadectwem oraz sposobem bycia pokazują, że mocą Jezusa i miłością braci w wierze zostali wsparci w swoim wysiłku i doznali uzdrowienia. Czy trzeba więcej, by być przekonanym, że uzdrowienie ze skłonności homoseksualnych, a nawet z nałogu, JEST MOŻLIWE?

Znalazłam się na tych spotkaniach jako ktoś, komu na drodze postawił Pan Jezus ludzi, a szczególnie jednego, nie godzących się ze swoją innością i pragnących tak jak wszyscy doświadczać pełni ludzkiej miłości. Ludzi wrażliwych i zdecydowanych na długą i mozolną drogę dojrzewania. Przeżywają ją oni w kontekście walki duchowej i mocy wiary w Jezusa Chrystusa. Czy mają ją toczyć w samotności między lękiem a konfesjonałem? Czy nie po to Chrystus ustanowił Kościół jak wspólnotę tych, którzy się wzajemnie miłują, aby znaleźli w niej wsparcie? Czy jako chrześcijanie świadomi swojego powołania możemy pozwolić, by te "dzieci", którym zabrakło rodzicielskiej czułości, żebrały bezskutecznie o gest przytulenia, by w niepowodzeniach życiowych uciekały się do skrzywionych zachowań lub dopuszczały myśl o samobójstwie? Te pytania zadawałam sobie wielokrotnie, zanim dotarłam do materiałów publikowanych przez ODWAGĘ. W kontekście wypowiedzi p. Cohena ośmielam się sformułować stwierdzenia:

Potrzeba dobrych, rozumiejących problem psychologów, by pomogli nazwać zranione uczucia i pojednać się z przeszłością. Potrzeba kapłanów, by w sakramentach jednali z Bogiem i przekazywali moc Miłosierdzia w drżące serca, często wątpiące, czy warto zaczynać jeszcze raz od nowa. (Dlaczego było ich tak mało na krakowskich spotkaniach? Czy boją się ludzkiej opinii, zamiast ją zdrowo kształtować?) Potrzeba wspólnot rozmodlonych, gotowych przyjąć, przygarnąć do serca i dodać otuchy. Potrzeba rodzin gotowych rozszerzyć serca o jeszcze jedno dziecko, które ktoś zaniedbał, gdy było małe, potrzymać na rękach i ucałować. Zewnętrznie to tak niewiele, a jednak to takie ważne! Czyżby nas nie stać było na tak niewiele? Na tak prosty gest człowieczy? Takich przejawów miłości potrzebuje każdy człowiek. Czy ci o skłonnościach homoseksualnych szczególnie na nie nie zasługują?

A jeśli wybieramy drogę rad ewangelicznych i chcemy być siostrami i braćmi wszystkich ("Kto dla mego imienia porzuci matkę lub ojca, braci lub siostry, żonę lub pole, stokroć tyle otrzyma braci i sióstr ... wśród prześladowań!"), to bierzmy się do pracy. A jeśli nas palcami będą pokazywać lub kreślić kółka na czole? - to pierwszy Pan Jezus to widział i Jego Uczniowie!

Być może łatwiej pracuje się w grupie rozśpiewanej, rozmodlonej młodzieży, ale przecież "nie zdrowi potrzebują lekarza, lecz ci, którzy się źle mają"!

Życzę sobie i wszystkim tej ODWAGI, która przekroczy nie tylko własne lęki, ale i społeczne tabu i będzie znakiem nadziei dla Kościoła i dla każdego dziecka Bożego.

Zmartwychwstały staje pośród nas jak w ów dzień w Wieczerniku i mówi: Pokój wam! Nie bójcie się! To JA JESTEM!

A jeśli nie wiemy, jak to robić to lektura książki i sam na sam z Jezusem Eucharystycznym pomoże znaleźć odpowiedź. Dla mnie staje się ona co dzień jaśniejszą. Modlitwą obejmuję wszystkich. Niech Jezusowa moc i pokój nam towarzyszy.

s. Maria OSJ

góra strony

powrót