ODWAGA Nasze podstawy Publikacje Biuletyn Refleksje Świadectwa Nie tylko dla kobiet Kontakt

(...) Wcielenie Jezusa zmierzało do tego, by określić, kim jest człowiek i tego człowieka wyzwolić z niewoli siebie.

Mówiliśmy już, w czym tkwi problem grzesznika: grzeszy, bo chce żyć. Problemem grzesznika jest więc jego życie. Chce żyć na własną rękę, bo nie wierzy, nie wie, przed nim jest jeszcze zamknięta prawda, że istnieje Ktoś, kto daje mu życie; nie wie, że jest Ojciec.

Dlatego Jezus w swoim wcieleniu musiał dojść do tego punktu krytycznego, w którym On, Syn Boży, żyjący z Ojca, przyjął na siebie sytuację kogoś, kto nie zna Boga, kto nie czuje bliskości Boga. On sam grzechu nie popełnił, ale przyjął na siebie sytuację grzesznika. I właśnie w momencie, w którym sytuacja zmierza do punktu krytycznego [śmierci na krzyżu], Jezus, Syn Boży, zaczyna wołać to, czego żaden grzesznik nigdy nie chce do końca wypowiedzieć, a co wyrażają pierwsze słowa Psalmu 22: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił. Możemy to interpretować:

Mnie należy się opuszczenie.
Zerwałem kontakt z Bogiem,
wobec tego moje miejsce jest poza Bogiem.
Dlaczego Pan Bóg ma mi błogosławić?
Dlaczego Pan Bóg miałby mnie nie opuszczać?
Dlaczego mnie się rzeczy muszą udawać?

Wiele razy mówimy: Panie Boże, czemuś to na mnie zesłał, czemu to się stało? Wołamy tak dlatego, ponieważ nie chcemy zaakceptować tego, co nam się należy.

Jezus przyszedł także po to, żeby pokazać i przeżyć, co to znaczy być grzesznikiem i opuszczonym przez Boga.

Jezus to wypowiedział: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił, ale nie skorzystał dla siebie wtedy ze swojej mocy i władzy Syna, żeby zejść z krzyża, jak to czyni (uczyniłby) każdy tylko grzesznik. Nie powiedział: Panie Boże, już dotąd doszedłem, pokazałem im, kim oni są i teraz przedstawienie się skończyło, zdejmij Mnie z krzyża. Nie, gdyż nie po to przyszedł, lecz wołając w naszym imieniu, używając w naszym imieniu tego, co my mówimy: «Boże mój, czemuś mnie opuścił», pozostał w tej sytuacji opuszczenia do końca.

Tu jest klucz leczenia wszystkich naszych dewiacji: pozostać do końca tam, gdzie są konsekwencje mojego zboczenia, mojego grzechu. Czyli, inaczej mówiąc,

dać się potraktować jak grzesznik, aby tam spotkać się z Jezusem i dzięki Niemu ze sobą samym.

(...)

Kiedy ktoś ma problemy i kiedy stale od czegoś ucieka, od jakiejś trudnej sytuacji, a szuka pomocy, wówczas radzę mu: kiedy ci się źle dzieje, bo cię ktoś skrzyczał, ktoś zadał ci cios czy sprawy poszły inaczej niż chciałeś, zamknij się w pokoju, uklęknij, czy połóż się krzyżem, i zacznij myśleć: mnie się to należy. Nie myśl o tym, jak to powinno być inaczej, tylko z pozycji zrównanego z Tym, na którym ukazał się gwałt kogoś innego, zacznij wołać: ŤBoże, czemuś mnie opuściłť, i zacznij mówić: mnie się to należy. Tak długo próbuj w tym zostać, jak długo wytrzymasz. Potem wstań, idź, umyj się, powiedz: na dzisiaj starczy. Być może jutro wrócisz do tego samego.

Kiedy zaczniemy akceptować, że nam się należy jakieś upokorzenie, jakaś niesprawiedliwość, na nas muszą spaść konsekwencje grzechu, nasze i innych (bo mój grzech nie jest wcale lepszy ani gorszy od grzechu innych), dopiero wtedy może się otwierać droga wyjścia. Problem bowiem leży w tym, że my chcemy być akceptowani jako ludzie poprawni, dobrzy itd. Tymczasem wiemy (świadomie lub podświadomie to czujemy), że takimi nie jesteśmy. To nas trapi, trawi i jest powodem naszych niepokojów.

My sami jednak nigdy nie dojdziemy do tego, żeby spokojnie (w pokoju i w pełnym wewnętrznym przekonaniu) być pewnymi, że jest Ktoś (Bóg), kto nas zaakceptuje takimi, jakimi jesteśmy.

To mógł zrobić tylko Jezus Chrystus.

On pokazał, że Bóg Go zaakceptował nie wtedy, kiedy czynił cuda, kiedy się przemienił na górze Tabor, tylko wtedy, kiedy wołał: ŤBoże, czemuś Mnie opuściłť. Jeśli będziesz miał w sobie to doświadczenie, w życiu cię nic nie przewróci.

Zobaczysz, że Jezus jest Zbawicielem. Nic cię nie odłączy od Jego miłości (por. Rz 8, 35-39).

Jeśli poznasz tę miłość Boga w Jezusie Chrystusie, który stał się wyrzutkiem, najgorszym, najbardziej zgwałconym do końca i który przegrywając nie przegrał, uzyskasz drogę wyjścia.

Ile razy możesz wchodzić na tę drogę? Kiedy to lekarstwo ci się skończy? Nigdy. Tak długo jest ono do twojej dyspozycji, jak długo jesteś chory.

To lekarstwo stanie się niepotrzebne, gdy przejdziesz do nowego nieba i nowej ziemi, kiedy zaczniesz kochać nieprzyjaciół, tych, w których niewoli żyłeś, dlatego że chciałeś być taki sam jak oni. Z punktu widzenia wiary nie ma innej terapii dla człowieka. Nie dlatego, że Pan Bóg nie mógłby próbować innej, lecz dlatego, że żadna inna terapia nas prawdziwie nie uleczy. Trzeba dotrzeć do źródła zaburzeń w nas, w naszym wnętrzu i przyjąć oferowaną przez Boga pomoc, a właściwie Jego działanie (zob. Jer 31, 33).

Oczywiście, ktoś może powiedzieć: ŤDziękuję Ci, Panie Boże, za taką terapię. Ja sobie znajdę innąť. Proszę bardzo. Nie jest powiedziane, że ty musisz z niej skorzystać. Ale ona jest tobie zaoferowana jako Dobra Nowina. Z żadnego lekarstwa nie musisz korzystać, tylko wiesz, jakie są tego konsekwencje. Kiedy będziesz chory i nie będziesz brał odpowiednich lekarstw, bo uznasz, że to lekarstwo jest za drogie czy za gorzkie, bo cię nie stać albo ci nie smakuje, to też będziesz jakoś żył. Nie jest powiedziane, że zaraz umrzesz. Musisz jednak mieć świadomość, że jest ci proponowane lekarstwo, a ty z niego nie korzystasz. Ono jest blisko ciebie - jak mówi św. Paweł w Liście do Rzymian - obok ciebie, w zasięgu twej ręki. Jest to słowo przepowiadania, które mamy tak blisko siebie (por. Rz 10, 8-10). Kiedy ktoś ma jakąś poważną chorobę i powiedzą mu, że na przykład w Ameryce jest na to lekarstwo, to zrobi wielki wysiłek, żeby to lekarstwo zdobyć. Tymczasem tutaj masz lekarstwo w zasięgu twej ręki, lekarstwo uniwersalne. Oczywiście, problemem jest to, że musisz zadać sobie gwałt, zgodzić się na to - jak to obrazowo powiedziałem - że trzeba uklęknąć czy leżeć krzyżem i powiedzieć: mnie się to należy, to jest moja wyjściowa pozycja. W tej pozycji mogę dialogować ze wszystkimi.

Jeśli masz trudności w dialogowaniu z kimś, to dlatego, że przyjmujesz niewłaściwą pozycję. Jeśli na przykład mąż i żona pokłócą się i każdy z nich chce utrzymać swoją pozycję, to dojdą najwyżej do jakiegoś porozumienia, ale nie do pojednania. Do pojednania dojdą dopiero wtedy, kiedy jedno z nich, dzięki Ewangelii, dzięki Jezusowi Chrystusowi, straci swoją pozycję przed drugim. Wtedy nie ma problemów. Jezus stracił swoją pozycję przede mną. Wszedł tam, dokąd ja nie chciałem wejść, gdzie ja Go sądziłem, gdzie ja od Niego oczekiwałem i wymagałem: zrób mi cuda, naucz mnie dobrze żyć...

Pan Jezus ostatecznie na to pozwolił, albo raczej przyzwolił na to, aby na Nim się spełniło to, dla spełnienia czego przyszedł. Robił wiele innych rzeczy: czynił cuda, pokazywał jak żyć, itp. Ostatecznie jednak dał się ukrzyżować, dał się przeze mnie zdeptać. Żeby wreszcie powiedzieć:

człowieku, jeśli chcesz cośkolwiek z życia zrozumieć, połóż się obok Mnie, daj się ukrzyżować obok Mnie. Przyjmij tę moją pozycję i problemy się rozwiążą.

Bo Ja w tej pozycji zostałem zaakceptowany przez Boga Ojca, Dawcę życia.

Ks. Zbigniew Kiernikowski

góra strony

powrót