| Stara i nowa antropologia
Pomysły, by legalizować związki homoseksualne (a dokładniej,
nadawać im prawa analogiczne do małżeństw), dotarły już do Polski. Kolejni
politycy, dziennikarze, etycy, filozofowie zaczynają włączać się w walkę
o, jak to nazywają, równouprawnienie osób homoseksualnych. Problem w
tym, że w istocie jest to nie tyle walka o czyjeś prawa, ile walka z
tradycyjną koncepcją człowieka, społeczeństwa i stosunku do Boga, próba
zastąpienia ich czymś nowym.
Świetnie widać to już przy pierwszych rozmowach ze zwolennikami
nowych rozwiązań prawnych. Mniej lub bardziej otwarcie stawiają oni
bowiem tezę, że homoseksualista w swojej najgłębszej istocie jest określony
przez własną orientację seksualną, a zatem, że prezentuje inny typ człowieczeństwa.
Nie można oddzielić bycia człowiekiem od bycia homoseksualistą. To określa
ich sposób bycia - przekonywała mnie dr Magdalena Środa w jednym z programów
radiowych.
Mężczyzną i kobietą stworzył ich
Tradycyjną,
judeochrześcijańską antropologię wyraża już księga Rodzaju. Gdy Bóg
stworzył człowieka, na podobieństwo Boga stworzył go; stworzył mężczyznę
i niewiastę (Rdz. 5, 1-2). Co oznaczają te słowa? Już komentarze rabiniczne
stawiały sprawę jasno: oznacza to, że pełnia człowieczeństwa to męskość
i kobiecość razem. Ani mężczyzna, ani kobieta nie są w pełni człowiekiem,
nie wyczerpują pełni człowieczeństwa. Doskonale przedstawiają to żydowskie
midrasze, według których Adam (człowiek) stworzony został jako androgyn
- byt pełnia: kobieta i mężczyzna jednocześnie. Dopiero później Bóg
rozdzielił tę pierwotną jedność. Do pełni niezbędne jest jego ponowne
zjednoczenie, małżeństwo - a w konsekwencji rodzina. Tylko wtedy, gdy
mężczyzna zjednoczony jest ze swoją żoną, może być nazwany człowiekiem
- wskazuje Talmud. Chrześcijaństwo przyjęło tę głęboką prawdę o zasadniczej
niepełności jednej tylko płci, odrzucając jednak swoistą deprecjację
celibatu czy samotności. Jezus Chrystus w Ewangelii Mateusza mówi o
małżonkach - kobiecie i mężczyźnie: już nie są dwoje, lecz jedno ciało
(19, 6). Małżeństwo - związek mężczyzny i kobiety jest więc wzorem prawdziwej
jedności, obrazem jedności między Chrystusem a Kościołem.
Związek dwóch mężczyzn lub dwóch kobiet nigdy taką jednością
stać się nie może. Podwojenie męskości czy kobiecości - nie daje pełni.
Równouprawnienie związków homoseksualnych oznacza więc w swojej istocie
zanegowanie rozumienia związku kobiety i mężczyzny, jako obrazu i podobieństwa
stwarzającego Boga, czy jako znaku jednoczącej mocy i miłości Boga.
Małżeństwo - gdy uzna się, że może być ono związkiem osób jednej płci
- traci moc bycia symbolem zjednoczenia przeciwieństw, pojednania różnorodności
czy wręcz bycia ułomnym symbolem jedności właściwej Trójcy Świętej.
Uznanie "związków jednopłciowych" za równoważne
małżeństwu oznacza więc z konieczności odrzucenie biblijnego widzenia
człowieka, jako z definicji potrzebującego dopełnienia w jakimś "innym
Ty" (w sferze ludzkiej ta inność oznacza po prostu drugą płeć),
albo - delikatniej poznawczo (choć w gruncie rzeczy oznacza to pogardę
dla osób homoseksualnych) - uznanie, że w przeciwieństwie do heteroseksualnej
większości potrzebującej dopełnienia w osobie innej płci - homoseksualista
potrzebuje podwojenia swojej płci - jest więc w swojej dialogicznej,
potrzebującej dopełnienia istocie kimś innym niż heteroseksualista.
Antropologicznie więc w miejsce biblijnego mężczyzną i kobietą stworzył
ich należałoby postawić "homo i heteroseksualistą stworzył ich".
Dziedzictwo niewierności
Drugim założeniem tkwiącym u podstaw walki o "prawa
homoseksualistów" jest odrzucenie zasady wierności i czystości.
Działacze gejowscy uznają prawo do seksu i związanej z nim możliwości
trwania w mniej lub bardziej trwałych związkach za fundamentalne prawo
człowieka. Czystość, wierność, trwanie w celibacie jest dla nich sprzeczne
z naturą. W konsekwencji oznacza to także odrzucenie powiązania pewnych
przywilejów nadawanych rodzinie z pewnymi zobowiązaniami, jakie przyjmuje
ona na siebie. Tradycyjna doktryna prawna uznawała od wieków, że małżeństwu
przypisane są pewne prawa ze względu na obowiązki, które stają przed
małżonkami, czyli wzajemna wierność, poczęcie, urodzenie i wychowanie
dzieci. Małżeństwo cieszyło się więc pewnymi przywilejami, ponieważ
było idealnym środowiskiem wychowawczym dla dzieci, a jako monogamiczny,
trwający do śmierci związek mężczyzny i kobiety oferowało również poczucie
stabilności i pewności zawierającym go osobom. Przywileje oferowane
małżonkom przez państwo były zatem pochodną pewnych obowiązków, jakie
brali na siebie małżonkowie.
Niestety obecnie, z winy ustawodawców, ta jasność jest
stopniowo zamazywana. Pierwszym, i chyba najbardziej destrukcyjnym krokiem,
na drodze dekonstrukcji takiego rozumienia relacji między małżeństwem
a państwem było dopuszczenie rozwodów, a także przyznanie kolejnym małżeństwom
dokładnie takich samych praw jak pierwszym. W istocie oznacza to bowiem,
że przywileje małżeńskie po prostu się nam należą, a nie wiążą się z
żadnymi obowiązkami czy zadaniami. Przy takim myśleniu - trudno dziwić
się konkubentom homo czy heteroseksualnym domagającym się takich samych
praw, jakie mają małżeństwa. Jeśli małżeństwo i konkubinat różnią się
od siebie nie tyle brakiem lub istnieniem możliwości rozwiązania (a
zatem istotą), a jedynie ilością papierków, które trzeba wypełnić przed
jego zawarciem i przed unieważnieniem, jeśli małżeństwo nie jest zawierane
na tak długo, "dopóki śmierć nas nie rozdzieli" - to nie ma
powodów, by odmawiać osobom żyjącym w konkubinatach podobnych praw,
jakie mają małżonkowie. W istocie bowiem - wprowadzając możliwość rozwodu
- powodujemy, że małżeństwo staje się tylko pewną, bardziej sformalizowaną,
formą konkubinatu.
Co więcej, w okresie, kiedy w powszechnej opinii posiadanie
dzieci przestało być uważane za obowiązek małżonków (a ich brak za największe
nieszczęście), a celem małżeństwa stało się wyłącznie wygodniejsze życie
- trudno dostrzec jakieś zasadnicze różnice między parami dwu a jednopłciowymi.
Ani jedne, ani drugie nie dążą bowiem do posiadania dzieci czy do ich
wychowania.
Nie jest to jednak argument za legalizacją czegokolwiek.
Przeciwnie - myślący człowiek dojdzie raczej do wniosku, że istnieje
konieczność powrotu do tradycyjnych, europejskich, inspirowanych chrześcijaństwem
zasad prawnych, które zakazywały rozwodów lub przynajmniej do przekonania,
że osoby żyjące w kolejnych związkach po rozwodzie, powinny być pozbawione
przynajmniej części przywilejów, które państwo im przyznało ze względu
na obowiązki, którym nie sprostali.
Odpowiedzią na wszystkie propozycje równania praw konkubinatów
i małżeństw musi więc stać się nie tyle ofensywa propagandowa, ile jasna
afirmacja potrzeby absolutnej wierności w małżeństwie i płodności w
rodzinie. Ma ona znaczenie nie tylko ze względu na dobro dzieci i dorosłych,
ale przede wszystkim dlatego, że związek małżonków jest rzeczywistością
obiektywną, postrzeganą jako wzajemny dar, który Bóg uczynił możliwym
i potwierdził. Dlatego najgłębszym uzasadnieniem nakazu wiernej miłości
jest właśnie to, co stanowi podstawę Bożego przymierza z człowiekiem:
Bóg jest wierny! (Jan Paweł II, Wymiar nadprzyrodzony związku małżeńskiego,
30 stycznia 2003 - Do członków Trybunału Roty Rzymskiej).
Krzyż wpisany w człowieczeństwo
Akceptacja homoseksualizmu (tak jak wcześniej przyjęcie
rozwodów) oznacza wreszcie także wykreślenie z życia ludzkiego krzyża
oraz pełną akceptację, by nie powiedzieć: radosną afirmację, ludzkich
grzechów. Ludzkie braki, niedociągnięcia, grzechy czy ograniczenia zostają
- przez zwolenników liberalnych światopoglądów - uznane za inność, z
którą nie należy walczyć, ale którą należy przyjąć jako wartość. Dotyczy
to nie tylko homoseksualistów, ale także małżonków. Nikt lub niemal
nikt nie nawołuje ich już do wzajemnej, trudnej i bolesnej nieraz wierności.
Nikt lub niemal nikt nie tłumaczy, że dochowanie wierności, zachowanie
jedności może być trudne, ale jest wartością. W miejsce tego podkreśla
się znaczenie nowych przeżyć, doświadczeń, czy możliwość "nowego
początku".
Wierność, choćby za cenę krzyża, za cenę wielkiego cierpienia,
nie ma już znaczenia. Przeciwnie staje się oznaką głupoty. Za głupców
uznaje się homoseksualistów, którzy w imię wierności Bożej antropologii
decydują się na wstrzemięźliwość czy próbują zmienić swoją orientację.
Za głupców uważa się żony trwające przy mężach alkoholikach czy mężczyzn,
którzy ze względu na rodzinę nie realizują swoich marzeń. Nigdy nie
zapomnę, jak grupa moich znajomych, pracujących w katolickiej firmie,
przekonywała mnie, że chłopak, który porzucił żonę i trzymiesięczną
córeczkę, nie zrobił nic złego. - Po co trwać w związku, w którym oboje
się kłócą? Po co być z kobietą, której się już nie kocha, skoro pojawiła
się nowa miłość? - pytali mnie wówczas ludzie. - Dla dziecka - odpowiadałem,
ale gdzieś wewnątrz czułem, że odpowiedź jest o wiele głębsza. Nawet
gdyby tego dziecka nie było - należało trwać w tym związku. Bo celem
małżeństwa nie jest przyjemność, ale wierność Bogu i człowiekowi.
Tylko powrót do krzyża i zrozumienie jego wartości może
powstrzymać lawinę zmian, której nikt nie będzie mógł już zatrzymać.
Tylko powrót do krzyża, do rozumienia znaczenia jego wartości w życiu
jednostki może sprawić, że normalnością nie stanie się porzucanie dzieci
przez rodziców. Przesada? Ostatnio czytałem reportaż: nauczycielska
rodzina adoptowała chłopca. Za pół roku oddała go z powrotem. Powód
- nie spełniał oczekiwań, a oni nie chcieli się męczyć dzieckiem, które
im nie odpowiadało. Wyrzekli się go, nie poszli za Chrystusem. A w ten
sposób - i to na szczęście nadal dla większości jest oczywiste - nie
tylko wyrzekli się krzyża, ale również zatracili część człowieczeństwa,
które bez krzyża nie istnieje.
Tomasz P. Terlikowski
góra strony
powrót
|